New is coming

 

W końcu po ponad dwóch miesiącach milczenia poczułam, że mam ochotę coś napisać. Z początkiem września dopadł mnie kryzys twórczy, choć nie, wróć, to nie kryzys twórczy, a raczej ogromne przeciążenie. Zacznijmy jednak od początku.

1 września rozpoczęłam bólem brzucha, który trzymał 3 dni. Nie byłam pewna z jakiego powodu. Teraz już wiem, wtedy snułam domniemania. Na ten ból brzucha złożyło się wiele czynników - przede wszystkim problemy zdrowotne, z którymi nadal walczę, jednak lwią część stanowił stres. 

Wracałam do pracy po dwóch miesiącach i jak nigdy wcześniej, czułam ogromny niepokój przed wyzwaniami nadchodzącego roku. Do tego dochodziła presja płynąca z mediów społecznościowych. Czułam, że ciągle muszę coś publikować, że muszę zrobić zdjęcie, a życie było bardzo zwyczajne, codzienność mało instagramowa, mój wygląd i samopoczucie też niesprzyjające. Nie chciałam wstawiać zdjęć przekłamanych, na których udaję, że jest wspaniale. Nadal cieszyłam się małymi rzeczami, jak zwykle, ale uważałam, że dzielenie się tym po raz kolejny, może być dla innych nudne...

Wiem wiem, sama dałam się porwać tej całej machinie. Przez długi czas sprawiało mi to jednak ogromną przyjemność. Lubiłam robić zdjęcia, dzielić się z Wami tym, jak wygląda moje życie. Teraz często wracam do tych zdjęć i cieszę się, że dzięki temu, mam swego rodzaju pamiętnik. Jednak dotarłam do punktu, w którym coś we mnie pękło. Z dnia na dzień odpuściłam. Tak nagle. Przyznałam sama przed sobą, że to już nie jest dla mnie tym, czym było kiedyś, i natychmiast poczułam ogromną ulgę, jakby kamień spadł mi z serca. Gdy dokądś jadę, cokolwiek robię, nie czuję potrzeby pisania o tym. Nie muszę myśleć jak wyjdę na zdjęciu, a co za tym idzie nie czuję frustracji z powodu swojego wyglądu (aż tak haha). Po prostu było tego za dużo, przytłoczyło mnie to wszystko, i presja i frustracja wynikająca z mediów społecznościowych. Jest coraz więcej ludzi, także tych bardzo znanych, którzy pękają, którzy mówią, że media społecznościowe mają destrukcyjny wpływ na ich zdrowie psychiczne, że media pokazują przekłamany obraz życia. Nie chciałam już brać w tym udziału tak jak kiedyś.

Od czasu do czasu, gdy mam wenę i chęć, wstawiam zdjęcie. Bez spiny, bez presji. Kto polubi ten polubi, kto skomentuje ten skomentuje. Zostawiam swoją prywatność sobie i czuję spokój. Życie analogowe jest dużo fajniejsze. Mam dużo więcej czasu dla siebie, znów słyszę swój głos i swoje potrzeby.

Jednak żeby było jasne, blog i instagram zostaje. Pozwólcie jednak, że będzie tego mniej, ale będzie to bardziej wartościowe... 

P.S. Buziaki dla mojej insta-siostry Marleny - I'm still there for you!

Finally, after more than two months of silence, I feel I want to write a post. At the beginning of September I was hit by a creative crisis, wait, not a creative crisis, but rather a huge overload. But let's start from the beginning.

September 1st started with a stomachache that lasted 3 days. I wasn't sure why. now I know but then I was making presumptions. Many factors contributed to this stomach pain - most of all the health problems I’m still struggling with, but the lion's share was stress.

I was returning to work after two months and as never before, I felt anxious about the challenges of the upcoming year. On top of that, there was pressure from the social media. I has this constant urge to publish something, that I had to take a photo, while life was very ordinary, not Instagram-friendly, my appearance and well-being were also unfavorable. I didn't want to post distorted photos in which I pretend it's great. I was still enjoying the little things as usual, but I thought sharing it again would be boring for others ...

I know, I know, I got carried away by this whole machine myself. For a long time, however, it gave me great pleasure. I liked taking photos, sharing with you what my life was like. Now I often come back to these photos and I am glad that thanks to this I have a kind of memoir. However, I got to the point where something broke inside me. I gave up overnight. It was very sudden. I admitted to myself that this was no longer what it used to be, and immediately I felt a tremendous relief, I got it off my chest. It was just too much, I was overwhelmed by it all, and the pressure and frustration from social media. There are more and more people, including the very famous, who are cracking up, who say that social media has a destructive effect on their mental health, that the media show a distorted picture of life. I didn't want to take part in it anymore as I used to.

 

From time to time, when I feel inspired, I post a photo. No pressure. Whoever likes it or comments, that’s fine with me.  I leave my privacy to myself and feel at peace. Analog life is much cooler.

But to be clear, the blog and instagram stay. There’ll be less of the content, but it sure will be more valuable ...

 

P.S. Kisses for my insta-sister Marlena - I'm still there for you!

 


 


Comments

Post a Comment