One of those weekends






Wygląda na to, że nadeszła wiosna, a wraz z nią wstąpił we mnie nowy duch. Od bardzo dawna (nawet już nie pamiętam od kiedy!) jestem zawalona robotą, obowiązkami rodzinnymi i domowymi, no i całą masą problemów, które nie pozwalają mi odetchnąć pełną piersią. No coż, to chyba nazywa się dorosłość.
Nie chcę tu wam za bardzo narzekać, ale zima (nie tylko zimowa pogoda) dała mi mocno w kość. Miałam wrażenie, że naszym kłopotom nie ma końca. Z jednej porażki w drugą. Do tego jeszcze okazało się, że musimy skupić się trochę bardziej na zdrowiu dzieci... Bez komentarza. Miałam wrażenie, że żyję w złym śnie. Starałam się robić dobrą minę do złej gry... Ta maska pomogła mi przetrwać.
Teraz pomimo, że większość spraw się wyjaśniła, nabrałam nieufności wobec życia. no cóż, nawet trudno mi to określić. Boję się wyluzować na 100%. Zawsze gdzieś z tyłu głowy mam myśl, że coś może się znów zawalić...
Jednak wczoraj mi się to udało i dzięki temu sobota była cudowna. Pół dnia spędziliśmy z dziećmi w ogrodzie (pracując i bawiąc się razem z nimi). A popołudnie poświęciliśmy tylko sobie.
Dzieci chętnie przygarnęli dziadkowie, a my, jak dawniej wybraliśmy się na dzienną randkę. Jedzenie, kino i własne towarzystwo.
Tak mi tego brakowało. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mogliśmy porozmawiać, pośmiać się, iść po mieście za rękę... Haha, wiem jak to brzmi, ale pchając wózek itd. bywa to trudne ;)
Była piękna pogoda, pyszne jedzenie i wspaniały film - Green book. Szczerze polecam. Uwielbiam. Nadal jestem pod wrażeniem.
Gdy wieczorem wróciliśmy z dziećmi do domu, miałam poczucie, że chcę w swoim życiu więcej takich dni, takich, które wykorzystuję na maksa. Myślę, że wszystkie złe doświadczenia zostawiąją na nas swoje piętno, takie blizny, które po pewnym czasie blakną i przestajemy o nich pamiętać. Mam nadzieję, że wkrótce tak właśnie u mnie będzie. Zawsze byłam optymistką i taką chcę pozostać.

It seems the spring has come and along with it a new spirit's got into me. Since I don't remember when I've been swamped with work, family and house chores, and a whole bunch of problems which don't let me breathe freely. Well, I guess this is what you call adulthood.
I don't want to be a complainer, but winter (and only the weather) was a true pain in the neck for me. I felt as though our problems would never end. One problem led to another. As if it wasn't enough we had to take care of our kids' health more.. Seriously, no comments. I thought I was having a horrible nightmare for the whole time. I tried to put on a brave face all the time... And I guess the mask that I put on hepled me survive the time.
Now, even though most of our worries have been solved, I've gotten a bit too cautious and suspicious towards life. It's even hard to define. I'm kind of afraid of putting my mind in neutral. There' always this thought at the back of my mind that something bad might strike again...
But yesterday I managed to let my hair down and thanks to that my Saturday was fantastic. Half of the day we spent with the kids in our garden (playing and working). The other half we devoted just to us. The kids were taken in by grandparents (to the joy of both), while us, as in the olden times (lol) went on a day date. Eats, movies and our own company.
Ooh, I missed it so much. I was smiling all the time. We could talk, without being interrupted all the time, laugh, hold hands... hehe, I know how lame it sounds, but pushing the stroller etc. it's kinda hard ;)
The weather was awesome, we has some delicious food and saw a great movie - Green book which I sincerely recommend, love, still awestruck.
When in the evening we got back home with the kids I had this feeling I thirst more such days which I make the most of. I believe that all bad experiences leave their marks on us, like scars which get whiter with time passing, until we forget about them. I hope it'll happen soon. I've always been an optimist and want to remain one.

Komentarze